HUNCWOT SIĘ BAWI - dziennik szkolenia:  
Dziennik szkolenia
 
 

ZAPISKI 29.10.2007 - 29.11.2007:

Od 29.10. do mniej więcej 12.11.2007r.

To okres gojenia się łapki. Przez pierwsze kilka dni po zabiegu Basza dużo spała i lekko gorączkowała. Później się ożywiła i niestety dawała odczuć, że takie siedzenie w domu nie jest dla niej najwygodniejsze. Często przynosiła nam kapcie, skarpetki w których wychodziła na dwór i wszystko co tylko leżało na ziemi. Sama z siebie dostawała się do nogi, wykonywała z własnej inicjatywy całą gamę komend, ale najgorsze było szczekanie i wpatrywanie w ogród przez szybę tarasową. Smutny widok.

Piłki pochowane i jedyne przyjemność to kiełbaska po zakończeniu zmiany opatrunku.

Gdy Baszy ewidentnie poprawił się humor zaczęłyśmy kilkać. Nosiłyśmy koszyk na drewno (zdjęcie), papcie, przedłużałyśmy trzymanie aportu bez podgryzania, bliskie siadanie na "do mnie" itp. Te półśrodki nie były jednak w stanie zastąpić porządnej pogoni za piłą czy szarpania się sznurem.

12.11.2007r.


Od trzeciego tygodnia czyli około 12.11.2007r. Basza zaczęła wychodzić bez opatrunku na dwór.

Rana zasklepiona, nie rozchodzi się, nie jątrzy, ale po każdym spacerku jeszcze jest przemywana wodą utlenioną lub roztworem rivanolu.

16-24.11.2007r.

to już pełnia szczęścia

Rana jest zagojona. Basza odzyskała piłki i pełne szczęście na pysku. Aż miło popatrzeć. Chęcią do pracy przewyższa moje najśmielsze oczekiwania. Ogień w tyłku.

Wracamy do treningów.

Ćwiczymy dużo sekwencji w ruchu, żeby nadrobić z kondycją, zrzucić parę gramów i zmęczyć się radośnie. Dużo aportowania, wybiegania, chodzenia przy nodze, ale wszystko z małą precyzją.

Chcemy się wyszaleć zanim pomyślimy o błędach i poprawkach.

28.11.2007r.

Po długim weekendzie i wizycie u Kasi, Jacka, Hektora i Very u podnóża Ślęży wracam zmęczona, ale zadowolona. Kasia zajmuje się teraz jazdą konną i trenowaniem swojego konia Sagi, a między kopytami końskimi nie biega jej dzielny Hovawart Hektor, tylko Jack Russell Teriery. Rewelacja! Zdjęcia koni i tych małych szkrabów są rewelacyjne.

Basza po moim powrocie chętnie wróciła do ćwiczeń. Dalej nadmiar energii nieco doskwiera w wypracowywaniu dokładności, ale mimo wszystko bawimy się w najlepsze.

Spadł śnieg. Bieganie za piłą i sznurkiem przerywane jest na szybką konsumpcje śniegowych kulek. Basza uwielbia śnieg, dlatego szkolenie zimą sprawia nam wielką frajdę, często nagroda w postaci kulki ląduje w zadowolonym pysku.

Dzisiaj ćwiczyłyśmy ze sznurkiem do przeciągania, a właściwie z dwoma.

Na komendę Puść, puszczała i dostawała od razu do pyska w nagrodę drugi sznur. Poganiała też za kulkami śniegu.

Najładniejszym ćwiczeniem jakie zrobiła podczas porannej sesji było przywołanie z warowaniem. Zostawiłam Baszę na waruj-zostań, odeszłam na 30 kroków. Pokazałam jej zabawkę i dałam komendę Do mnie! Basza wystrzeliła jak strzała. Mniej więcej w połowie odległości dałam jej komendę Waruj. Nagle pojawiła się zasłona śniegowa, białe kłęby uniosły się ku niebu, a jak opadły ukazały czarną sukę warującą i nerwowo czekającą na kolejną komendę. Niesamowity widok. Przywołałam ją zatem i zaczęłyśmy przeciągać się sznurem.

Wieczorem, przy zachodzącym słońcu miałyśmy kolejny udany spacerowy wypad. Pstryknęłam Baszy kilka fotek na śniegu, pobawiłyśmy się sznurami itp.

Za co warto Baszę pochwalić na tym spacerku?

Za trzy piękne sesje chodzenia przy nodze, za cierpliwe pozowanie do zdjęć jak aparat nam zamarzł i za dzielne trzymanie sznura podczas lotu na nim.

Świetnie się dzisiaj wspólnie bawiłyśmy.